Agnieszka Jaroszewicz

…A raczej dwie Agnieszki na misyjnym szlaku

Świętego Jana Bosco…

01
31

Boże Narodzenie 2009

12
24

Boże Narodzenie 2009

Ich dom to nasz dom…

12
21

projekt_06_2

Kochani!

Wśród odnośników znalazł się nowy link: Kampania 2009 dla Otwartego Domu Księdza Bosco dla chłopców ulicy w Limie. Serdecznie polecam! Ci chłopcy potrzebują naszego wsparcia. Naprawdę warto.

Pomóżmy misjonarzom pomagać!

Na stronie można znależć m.in. wywiad z założycielem Domu, sylwetki wolontariuszy, którzy pracowali z chłopcami, życie codzienne i ważne wydarzenia oraz wiele innych.

ZAPRASZAM !!!

http://www.adopcja2.salezjanie.pl/kampania_2009/index.html

Modlitwa świętego Ignacego prosto z Peru :)

10
31

Alma de Cristo

Alma de Cristo, santifícame. Cuerpo de Cristo, sálvame. Sangre de Cristo, embriágame. Agua del costado de Cristo, lávame. Pasión de Cristo, confórtame. ¡Oh, buen Jesús!, óyeme. Dentro de tus llagas, escóndeme. No permitas que me aparte de Ti. Del maligno enemigo, defiéndeme. En la hora de mi muerte, llámame. Y mándame ir a Ti. Para que con tus santos te alabe. Por los siglos de los siglos.

Amén.

Duszo Chrystusowa

Duszo Chrystusowa, uświęć mnie. Ciało Chrystusowe, zbaw mnie. Krwi Chrystusowa, napój mnie. Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie. Męko Chrystusowa, wzmocnij mnie. O dobry Jezu, wysłuchaj mnie. W ranach Twoich ukryj mnie. Nie pozwól mi oddalić się od Ciebie. Od wroga złośliwego obroń mnie. W godzinę śmierci mojej wezwij mnie. I daj mi przyjść do Ciebie, abym z świętymi Twymi chwalił Cię na wieki wieków.

Amen.

…Ktoś jeszcze ma pytania co do istoty świętości? :)

Koniec wolności słowa

09
23

Jeszcze zbieram się do uzupełnienia raportu z pracy wakacyjnej, ale nie wiem jak długo będę mogła prowadzić ten blog. Według mnie dziś właśnie zakończył się definitywnie czas wolności słowa w Polsce. Przynajmniej dla nas – katolików. Wolność słowa obecnie będzie wyglądać tak: wszystkim wolno mówić wszystko, a katolicy… mają mówić wolno (a najlepiej wcale,bo jak się trochę pospieszą, to jeszcze bardziej pospieszą do sądu). Najwyraźniej liczą na nasza pokorę. Cóż, ja pokorą nie grzeszę i w tej chwili oficjalnie, tak jak oficjalne i jawne są wszelkie publikacje w internecie, deklaruję,że:

1. Istota w łonie matki jest istota ludzką i nie jest to zależne od światopoglądu religijnego.

2. Aborcja jest morderstwem i nikt mi nie zabroni tak mówić tylko dlatego, ze ma zamiar mówić inaczej dla własnego usprawiedliwienia.

3.Protestuję przeciwko głupocie usprawiedliwianej drogą prawną, przeciwko prawnemu potwierdzaniu braków w rozumieniu tekstu pisanego i popełnianiu podstawowego błędu redukcjonistycznego wyciągania zdania z kontekstu i na tej podstawie udowadniania komuś niepraworządnych przekonań (a podobno to już minęło!).

4.Zachęcam wszystkich do walki o prawo głosu,szczególnie w obronie wartości zagrożonych jedynie wskutek wąskiego horyzontu postrzegania i rozumowania.

Jeżeli w tym momencie ktoś miałby ochotę pozwać mnie do sądu – proszę bardzo, może dopiero kiedy stanie się to powszechne, usłyszą nas.Być może zatem tak szybko do Peru nnie wrócę,jeżeli gotowi posłac mnie potem do więzienia (płacić nikomu nie mam zamiaru). A proszę, zachęcam i zapraszam,bo przecież wypowiadam się jasno w obronie tych, którym dzisiaj podyktowano wyrok. No, chyba że pani Alicji Tysiąc nie zależy na takich,co płacić nie mają zamiaru. W końcu business is business. W tym przypadku naprawdę niezły, szczególnie jeżeli sie ma tylu popleczników.

…A kiedyś walczono o wzniosłą ideę wolności słowa. dziś wypada spuścić głowę i wyszeptać: Requiescat In Pace

„Kto nie żyje, żeby służyć, nie służy do życia”

07
24

Matka Teresa z Kalkuty dobrze wiedziała, co znaczą te słowa, które wypowiedziała. My jutro pochylimy się tak nad nimi, jak nad innymi słowami, głównie tymi, które wypowiedział Jezus do swoich uczniów: „Nie ma miłości większej od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. SŁUŻBA, codzienne oddanie, codzienne, małe męczeństwa, cierpliwość, czas, uwaga poświęcona innym, dobre słowa, wysłuchanie, uśmiech… a wszystko niekoniecznie wtedy, kiedy jest nam łatwo. To sprawy, o których w Bosconii szczególnie trzeba pamiętać, będąc zawsze otoczonym możliwościami apostolatu i zaproszeniem do włączania się w służbę innym. A w dodatku po tak wyraźnym zgłoszeniu duchowego zapotrzebowania. Dziś rano pochyliliśmy się nad tym tematem, moi przyjaciele i ja, przygotowując sobotnie spotkanie.

                Jednak pierwszą nowiną, którą usłyszałam, było: „Agnieszka, już mamy pierwsze owoce spotkania o powołaniu… jedno powołanie!” Zabrakło mi słów: „Ja…jakie?” „kapłańskie” „kto???” (…)

                Niezwykłe. Oczywiście, wszystko będzie dojrzewać w tę czy inną stronę (chociaż jak dla mnie mogłoby właśnie w „tę” J), ale świadomość, że każde słowo może paść na tak chłonną, spragnioną ziemię… W obliczu tego jedyne, co warto robić w życiu, to właśnie owo życie oddawać bez reszty.

…Hojnie zbierać będzie!

07
22

Pan Bóg zaskakuje. Kiedy ja nie mam zbyt wiele czasu tutaj, On też nie zwleka z malutkimi zbiorami plonów. Od soboty nie minęło dużo czasu, a dziś po południu miałam okazję porozmawiać z jedną z dziewcząt z grupy Laura Vicuña, która jednocześnie pomaga nam w oratorium peryferyjnym. Zapytałam o wrażenia, o to, czy świadectwo braci i ogólnie nasza rozmowa o powołaniu stała się choć trochę pomocą we własnych poszukiwaniach. Oczy jej zabłysły, gdy powiedziała, że bardzo i że właśnie to jej było potrzebne na teraz. Momentalnie zapytałam, czy jest coś, czego jej jeszcze brakuje, jaki kolejny temat możemy poruszyć, żeby pogłębić, kontynuować rozpoczętą myśl. „Nie wiem, właściwie to, czego potrzebowałam, już usłyszałam” – uśmiechnęła się tak właśnie, by chciałabym, żeby uśmiechały się anioły, a po chwili zamyśliła się: „Czy mogłabym zadać Ci jedno pytanie? (…) Jak możemy dać życie za innych?

                To była jedna z najpiękniejszych rozmów, jakie stały się tutaj moim udziałem. Ta szesnastoletnia osóbka stała się dla mnie przykładem pragnienia, jakie wszyscy nosimy w sobie, a przy okazji wyraziła pytanie, które zadaję sobie tutaj każdego dnia i w każdej chwili. Czyż może być piękniejsza kontynuacja tematu powołania?

Invierno Bosco 2009

07
20

Nadszedł ten dzień: rozpoczęły się wakacje zimowe w Bosconii. Wyciągnęliśmy ponad 120 krzeseł, ustawiając je po kole, przygotowaliśmy gry integracyjne, szyldy warsztatów i prezentacje tychże, by należycie zaprosić do uczestnictwa. A są to: warsztaty cukiernicze, biżuterii, żonglowania (i szczudła), warsztaty teatralne, muzyczne, plastyczne i warsztaty pierwszej pomocy. Zajęcia będą odbywać się przez dwa tygodnie od poniedziałku do soboty w godzinach od 14.30 do 17.30. A rozplanowanie czasu jest następujące: 14.30-15.00 czas na przybycie, swobodne gry i zabawy, 15.00 apel, modlitwa, zabawy z pokazywaniem, słówko na dzień dobry (np. dialogi z życia św. Jana Bosco), 15.20-16.20 zajęcia warsztatowe lub wejście na basen, 16.20-17.00 gry i zabawy organizowane, zawody sportowe, a to wszystko z możliwością nagradzania nasza wewnętrzną walutą Bosconii – Bosco, głównie banknotami dwuboskowymi z wizerunkiem świętego Dominika Savio i jego słowami: „Raczej umrzeć niż zgrzeszyć”.

                Chętnych na warsztaty teatralne ustawiła się zgrabna kolejka i już po pierwszym spotkaniu organizacyjnym jestem jak najlepszej myśli. Cudownie się nam razem rozmawiało i żartowało. Od jutra – manos a la obra! – czyli zaczyna się ciężka praca, głównie nad przełamaniem wstydu i strachu przed przekraczaniem wąskich granic, które często sobie młodzi stawiają i myślą, że nie da się ich przekroczyć. Znam to dobrze. Więc będziemy je przekraczać, a przy okazji tworzyć, tworzyć… Cel: odkryć talenty, odsłonić wartości kryjące się głęboko w sercach i uwrażliwić wyobraźnię. Do dzieła!

Pamięć serca

07
19

Być może ktoś pamięta mojego „synka” Jimmy’ego, jak nie ze zdjęć, to z moich opowiadań. Otóż, oczywiście po powrocie do Bosconii zastanawiałam się kiedy go w końcu spotkam, na ile się zmienił, ile ma w zasadzie teraz latek… Zawsze jak przechodziłam czy przejeżdżałam koło domku jego rodziny, tęsknie spoglądałam na zamknięte drzwi. Taki odruch bezwarunkowy J. No i zdarzyło się w zeszłą niedzielę, że w oratorium peryferyjnym zjawił się jego starszy brat, Luís. Przywitałam się z nim serdecznie, tym bardziej, iż widziałam go stojącego lekko na uboczu, niemającego odwagi by dołączyć do biegających za piłką chłopców. W końcu dał się wciągnąć do zabawy. Ale jedną z pierwszych rzeczy, jakie powiedział, było: „Señorita, Jimmy już nie przychodzi…” I spojrzał na mnie uważnie. Więc najspokojniej, choć z szerokim uśmiechem, powiedziałam, żeby koniecznie go pozdrowił. Buzia mu się rozjaśniła i obwieścił: „Za tydzień go przyprowadzę”. W sercu miałam dwa postanowienia: pierwsze, by wytrzymać do niedzieli, drugie, by dać Luisowi tyleż sympatii, by on sam poczuł się ważny.

                Dzisiaj przyszło mi spełnić obydwa postanowienia. Graliśmy właśnie w siatkówkę (tak, chyba wreszcie się nauczyłam J), kiedy z daleka zobaczyłam na piaskach dwie postacie. No i moja drużyna musiała się obejść beze mnie. Chyba nie jestem tak biegła w słowach, by opisać moje wzruszenie, gdy moje maleństwo najnormalniej w świecie rzuciło mi się na szyję, a potem dokładnie popatrzyło mi w oczy, jakby chciał sprawdzić, czy to na pewno ja. Moje spontaniczne pytanie „pamiętasz mnie?” było całkiem zbędne. No i ma już pięć latek, a mimo to czasem muszę nieźle się wysilić, żeby zrozumieć jego sposób wysławiania się. Ale i to czasem jest zupełnie zbędne. Najistotniejsze jest, że znów musiałam liczyć się z kochaną „przyczepką”, bez względu na to, czy wyznaczałam metę wyścigu w skokach, czy opowiadaliśmy sobie straszne historie, czy wreszcie śpiewaliśmy nową piosenkę. Pewną namiastkę można zobaczyć w galerii zdjęć.

                Ciekawe jak długo wytrzyma ta pamięć serca. Mówi się, że wdzięczność jest pamięcią serca. W takim razie moja nie zna granic. Karmi się drobnymi gestami, które zwyciężają ze wszystkimi nieszczęściami tego świata. Oby w miarę przybywania lat i doświadczenia także Jimmy nie stracił pamięci tego ciepła spojrzenia, które teraz daje mi w prezencie.

Powołanie, wołanie i odpowiedź, oddanie…

07
18

W miniony weekend klerycy z seminarium salezjanów w Limie rozpoczęli swoje wakacje zimowe i rozjechali się do domów. Tym sposobem zyskaliśmy na dwa tygodnie dwóch zapalonych animatorów, a przy okazji moich serdecznych przyjaciół. Już w Limie, kiedy minęło pierwsze wrażenie wielkiej niespodzianki, ucieszyliśmy się, że znów będziemy mogli razem, nareszcie znowu razem, zrobić sporo dobrego! No i zaczęliśmy bez zbędnych wstępów. Wczoraj spotkaliśmy się, zaczynając spotkanie w imię Boże, i zaplanowaliśmy spotkanie na dziś. Co sobotę zbierają się grupy służące podczas liturgii chłopcom patronuje jeden z największych łobuzów z oratorium św. Jana Bosco – Miguel Magone, dziewczętom zaś błogosławiona Laura Vicuña.

                Dzisiaj, po zwyczajowym sprzątaniu kaplicy przed niedzielą, dwaj bracia, wywodzący się przecież spośród służby liturgicznej, podzielili się swoim świadectwem poszukiwania przez nich własnej drogi, a raczej historią poszukiwania ich przez Pana Boga. Najpierw jednak wszyscy wspólnie zastanowiliśmy się nad rozumieniem słowa „powołanie”. Wśród wypisanych w burzy mózgów definicji pojawiły się takie jak: „wołanie Boże”, „służba”, „pomaganie innym”, „oddanie”, „zadanie do wykanania”, „to, co najbardziej lubimy robić”, a nawet „jesteście nim wy wszyscy” …i sporo innych. Odkrywaliśmy wartość każdej drogi życia, bo przecież gdyby hierarchia była jasna, gdyby były powołania „ważniejsze” i „mniej ważne”, wybór drogi nie byłby tak trudny.

                Pisząc teraz tę krótką refleksję mam w pamięci mój uśmiech wieczoru kończącego ten dzień: ten widzialny przez wszystkich i ten uśmiech serca, który wywołuje poruszanie się wielu innych serc. I jeszcze słowa kleryka przy stole: że i jemu „ktoś tam” wspomniał, że spotkanie było bardzo cenne. Co znaczy świadectwo wołania i odpowiedzi. A Bóg nie szepce, Bóg krzyczy… :)