Agnieszka Jaroszewicz

…A raczej dwie Agnieszki na misyjnym szlaku

Archive for the ‘Refleksyjnie’ Category

Powołanie, wołanie i odpowiedź, oddanie…

W miniony weekend klerycy z seminarium salezjanów w Limie rozpoczęli swoje wakacje zimowe i rozjechali się do domów. Tym sposobem zyskaliśmy na dwa tygodnie dwóch zapalonych animatorów, a przy okazji moich serdecznych przyjaciół. Już w Limie, kiedy minęło pierwsze wrażenie wielkiej niespodzianki, ucieszyliśmy się, że znów będziemy mogli razem, nareszcie znowu razem, zrobić sporo dobrego! No i zaczęliśmy bez zbędnych wstępów. Wczoraj spotkaliśmy się, zaczynając spotkanie w imię Boże, i zaplanowaliśmy spotkanie na dziś. Co sobotę zbierają się grupy służące podczas liturgii chłopcom patronuje jeden z największych łobuzów z oratorium św. Jana Bosco – Miguel Magone, dziewczętom zaś błogosławiona Laura Vicuña.

                Dzisiaj, po zwyczajowym sprzątaniu kaplicy przed niedzielą, dwaj bracia, wywodzący się przecież spośród służby liturgicznej, podzielili się swoim świadectwem poszukiwania przez nich własnej drogi, a raczej historią poszukiwania ich przez Pana Boga. Najpierw jednak wszyscy wspólnie zastanowiliśmy się nad rozumieniem słowa „powołanie”. Wśród wypisanych w burzy mózgów definicji pojawiły się takie jak: „wołanie Boże”, „służba”, „pomaganie innym”, „oddanie”, „zadanie do wykanania”, „to, co najbardziej lubimy robić”, a nawet „jesteście nim wy wszyscy” …i sporo innych. Odkrywaliśmy wartość każdej drogi życia, bo przecież gdyby hierarchia była jasna, gdyby były powołania „ważniejsze” i „mniej ważne”, wybór drogi nie byłby tak trudny.

                Pisząc teraz tę krótką refleksję mam w pamięci mój uśmiech wieczoru kończącego ten dzień: ten widzialny przez wszystkich i ten uśmiech serca, który wywołuje poruszanie się wielu innych serc. I jeszcze słowa kleryka przy stole: że i jemu „ktoś tam” wspomniał, że spotkanie było bardzo cenne. Co znaczy świadectwo wołania i odpowiedzi. A Bóg nie szepce, Bóg krzyczy… :)

Znowu na piaskach

Ruszamy najpierw do Villa Kurt Beer. I równie szybko się oddalamy, bo słyszymy przez głośniki zupełnie inną wiadomość. To prawda, dotarła ona do Bosconii już wcześniej. Poprzedniego wieczoru, kiedy niektórzy przygotowywali się do tradycyjnego święta Virgen del Carmen, a inni, jak my, do kolejnego dnia pracy, całkiem niedaleko Bosconii spłonęło piętnaście domów. Okoliczni mieszkańcy zaczęli zbierać wszelkie materiały niezbędne do życia – dla rodzin, które straciły wszystko. Kto widział, jak wyglądają tutejsze domki, nie zdziwi się, że niektórzy naprawdę zostali bez niczego. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Szybko zapada decyzja, że Bosconia także włączy się w akcję pomocy. Ruszamy w inne regiony.

I znów przypominają się czasy długich wypraw z naręczem kolorowych kartek i stawanie przed drzwiami bez klamek, pukając i czekając aż ktoś otworzy. Ma to swój urok, i mało przypomina kolorowe, hałaśliwe reklamy, lub choćby uciążliwe wciskanie w dłoń ofert kredytów czy reklam pizzerii na każdym większym polskim deptaku. Na zdjęciach, które umieściłam w galerii widać jak często są to radosne spotkania z dobrze znanymi buziami moich dawnych uczniów lub innych osób, których, jak nie patrzeć, dawno nie widziałam. Są i tacy, którzy nie zauważyli, że dziewięć miesięcy mnie nie było J.

Idę z moim przyjacielem między domkami dzielnicy sporo oddalonej od misji. Podział zadań, to jest drzwi, jest, ale gdy pytam o jeden biały domek, okazuje się, że tam jeszcze José nie dotarł. Podchodzę, pukam, do drzwi podchodzi bardzo sympatyczna pani, jeszcze ustawiając gromadkę dzieci, która ogląda u niej bajkę na video. Przekazuje nasze zaproszenie… i słyszę jedną z najsmutniejszych wiadomości, jakie mogłabym usłyszeć. Jej syn był w grupie ministrantów. Po pewnym czasie zaczęły dochodzić na telefon komórkowy mamy dziwne wiadomości z niedwuznacznym przesłaniem… Od tamtej pory mama zawsze chodzi do kościoła razem z synem, tylko do parafii i z powrotem. Rozmawiała z psychologiem, oświadczył, że z chłopcem jest raczej wszystko w porządku, nie ucierpiał tak bardzo. A telefon namierzono. Usłyszałam konkretne imię i… zastygłam z wrażenia. Po krótkiej rozmowie oddaliłam się.

Szybko stało się jasne dlaczego mój przyjaciel ominął te drzwi. Szybko też dowiedziałam się od niego, jako koordynatora grupy liturgicznej, że cała sprawa była zaaranżowana w złej wierze przez kogoś, kto wykorzystał ufność dobrze nam znanego właściciela feralnego telefonu. Właściwy prowokator do tej pory nie jest znany, a za niego cierpi niewinna osoba i cała Bosconia.

Wracamy do domu zmęczeni, radośni z możliwie dobrze spełnionego obowiązku, żartując i psocąc się jedni drugim w mikrobusie. Ale gdzieś wewnątrz drzemie refleksja, którą trzeba omówić w wieczornej ciszy kaplicy: jak radość przeplata się z tragediami, małymi i wielkimi, jak pytania pozostają bez odpowiedzi, a zaproszenia w zawieszeniu. Jak krzywe bywają linie, po których Bóg chce pisać prostą literą miłości.

Szybka mobilizacja

Jest 28 lipca, Swieto Niepodleglosci Peru. dzis 188. rocznica proklamacji niepodleglosci kraju Przez San Martina. Poranna cisza w Bosconii jest zapowiedzia popoludniowego swietowania z dziecmi i tona w niej ciche, choc gorliwe przygotowania. Chwilowo znalazlam chwilke, zeby nadgonic minione dwa tygodnie. Nawarstwione obowiazki nie pozwolily mi pisac na biezaco, ale teraz chce sie tym wszystkim podzielic, ignorujac propagandowe, okazyjne przemowienie Prezydenta Republiki. Kazda notka pojawi sie z odpowiadajaca jej data. Na razie 15 lipca:

Zbliżają się wakacje zimowe. A raczej zbliżyły się – z dwutygodniowym przyspieszeniem. Powód – szerząca się plaga świńskiej grypy, a raczej panicznego przed nią lęku. Pewnie i słusznego, bo kraje sąsiednie już są pustoszone przez zarazę. Peru, jak na razie, jako tako się chroni. Ale żeby zapobiec ewentualnej epidemii zamyka się wiele imprez publicznych, już teraz odwołano defilady przygotowywane na dzień Święta Niepodległości 28 lipca. Dzieci powinny być przez czas wakacyjny w swoich domach…

 Akurat! Oczywiście, że będą na ulicach i placach, gdzieś między domami, organizując sobie czas improwizowanymi zabawami albo rozbojami. W Bosconii decyzja zapadła: oratorium zimowe i tak się odbędzie. Wymaga to szybkiej mobilizacji sił, aby dogonić odgórne zalecenia władz. Z trzech tygodni przygotowań zrobił nam się tydzień. Właśnie jutro ruszamy na całodzienną akcję zapraszania dzieci do zapisów. Jeden dzień to niewiele, szczególnie gdy sprzęt techniczny (a jakżeby inaczej!) zawodzi, a wakacje rozpoczynają się już w poniedziałek.

Pascha 2009

pascha-2009

Ciche dni

„Jakos tak cicho z tamtej strony” – tak, to prawda, przyznaje, ze cicho. I w duszy tez cichutko, to jej jedyna obrona przed nawalem zajec i wieczornym zmeczeniem nie wiadomo czym… Tyle ze we wspolnocie zrobilo nam sie glosno i wesolo. jest nas duuuzo, to znaczy dojechaly trzy wolontariuszki z Krakowa i trzy z Grecji (!), zeby zrealizowac projekt specjalnie skonstruowany na potrzeby Bosconii, a ponadto dwóch Hiszpanów z Barcelony przyjechalo do pomocy na czas wakacji… To znaczy europejskich wakacji, bo tutaj zima w pelni (czytaj: temperatura schodzi do 20 stopni Celcjusza, a rankiem trzeba zalozyc sweterek). mamy sporo przedsiewziec do zrealizowania, w tym dwie powazne: 27. lipca spotkanie oratoriów, a 22. sierpnia FestiBosconia, czyli wielki festiwal piosenki, do ktorego zapisy juz skonczone i trwaja eliminacje rownolegle z akcjami ekonomicznymi majacymi na celu zbiórke funduszy na ten cel.

W duszy cichutko i blogo, opala sie w promieniach Bozej i ludzkiej milosci, dzis szczególnie zwraca sie w kierunku Matki z wizerunku z Góry Karmel, by potem spróbowac otoczyc ta sama miloscia szeregi dzieci i mlodziezy z oratorium. Mozna powiedziec, ze to moje marzenie, szczególnie w takie dni jak wczoraj, kiedy wydaje sie, ze wszystkie male glowki (i nie tylko) skrzyknely sie za dzien „luzu” i wypróbowania cierpliwosci swoich wychowawców. Jezeli juz nawet w mojej klasie konsultacji z matematyki nie mozna bylo dojsc do ladu, znaczy ze cos nie bylo tak jak nalezy ;)

I tym matematycznym akcentem zycze dobrych wakacji :) i obiecuje wkrótce wyslac cos wiecej.

Pięćdziesiątnica 2008

Głośny, niemy krzyk z głębokości serca:

“Przyjdź, Duchu Stworzycielu, przyjdź, Duchu Pocieszycielu!”

Przychodzi taki czas w życiu, kiedy, jak apostołowie

wiemy, że Chrystus zmartwychwstał, jeszcze żyjemy Jego radością

ale skoro nie jest z nami tak jak dawniej,

wracamy do naszego pustego wieczernika

do tej samotności duszy, którą tylko Bóg może wypełnić.

 

Niech ten krzyk Kościoła w żywych kamieniach, które go budują

Ten krzyk, który nigdy nie pozostaje bez odpowiedzi,

Będzie dziś i Twoim doświadczeniem.

Niech w Twojej błogosławionej pustce zapłonie ogień Miłości Ducha

Oświeci Twoje życie i je przemienia

I przybliża coraz bardziej do serca Mistrza.

Trudnych pytan ciag dalszy

Oratorium popołudniowe (równie dobrze każde inne spotkanie z dziećmi). Słyszę pytania raczej nie do pomyślenia w Polsce, a tutaj tak codzienne jak gra w piłkę nożną:
- Czy masz tatę?
- Taaak…
- Ja nie. A nie! Mam.
- To dlaczego najpierw powiedziałaś, ze nie masz?
- Ach, tam…
Więc prawda pozostaje w sferze domysłów.
Tata i mama to w ogóle temat, który można podejmować na wiele sposobów. Ale pytania o imiona rodziców nigdy nie są pierwsze. Wyprzedza je inne:
- Twój tata żyje?
- Tak
- A mama?
- Też
- (i dopiero:) Jak mają na imię?
Rodzina tutaj zawsze ma jednego członka więcej: Śmierć. Taka oswojona, zadomowiła się pod wieloma ubogimi dachami.

Pascha 2008

Krzyże są wszędzie:
i na wyżynach, jak ten ze zbocza krateru wulkanicznego opodal Quito,
i pod blaszanymi dachami małych domków na piaskach Piura.
Noszą je na szyi biskupi i najmniejsze dzieci z oratoriów latających.
 
Jednak na każdego z osobna musi przyjść czas odszukania na krzyżu oblicza Chrystusa. Potrzeba odwagi Weroniki, która odnalazła oblicze najpiękniejszego z synów ludzkich, spoglądając w zakrwawione oczy skazańca, oszpeconego tak, że postać jego była niepodobna do ludzi, wzgardzonego i odepchniętego, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa.
 
Być może Weronika nie pytałaby człowieka napotkanego w ogrodzie, gdzie jest jej Mistrz, tylko ucałowała tak, jak wcześniej swoją chustę.

Ożywa to, co potrafi umrzeć.

Zycze zanurzenia sie gleboko w tajemnice paschalne

Misyjny Dzień Dziecka 2008

Dzieci. Tutaj są wszędzie, spotykamy je w Bosconii, widzimy przez bramy i ogrodzenia – jak się bawią, jak się kłócą, jak szukają zajęcia i towarzystwa. Przede wszystkim jednak poznajemy je dzięki oratorium i opiece duszpasterskiej naszej misji. Są pierwszym i najważniejszym wyjaśnieniem naszej tu obecności, naszej pracy, radości i zmęczenia. Są naszymi przyjaciółmi. Znamy ich imiona i ulubione zabawy, czasem potrafimy przewidzieć ich wady i zalety. I nic w tym dziwnego. Spotykamy się często, z niektórymi codziennie.

            Przyjeżdżając tutaj mogłam myśleć jedynie stereotypowo o mieszkańcach slumsów, o samych tych dzielnicach jako o siedliskach skrajnego ubóstwa, gdzie jedynie spotyka się wyciągnięte dłonie i błyszczące, błagalnie wpatrzone w przypadkowego przechodnia oczy. Mogłam tak myśleć… Gdybym myślała. O błogosławiona bezmyślności!

            Widzimy tłumy naszych kochanych maluchów (i nieco starszych też) jak wchodzą przez bramę i formują rzędy żeby rozpocząć oratorium krótką modlitwą; pomagamy w nauce, denerwujemy się, gdy nie myślą i cieszymy się z ich sukcesów; żartujemy z naszego trudnego polskiego języka i wyjaśniamy, że to coś innego niż angielski; odpowiadamy na łatwe i trudne pytania, uczymy się ich gier i zabaw, wreszcie – słuchamy o ich troskach i problemach. Rzeczywistość ubóstwa i braku nadziei jest „oswojona”, a każdy mały (drewniany, murowany czy pleciony) domek ma swój adres, który skrzętnie notujemy przy zapisach do oratorium.

            Dzieci są zawsze sobą, nawet jeżeli przygniata je sytuacja, w którą zostały wrzucone bez możliwości wyboru. Prostota pytań, za którymi kryją się dramaty i piękno uśmiechu, który pojawia się nawet na ulicy, wbrew maskom „żebraczym”. Światło i cień, które się przeplatają, a nad którymi zawsze dominuje to jedno i najważniejsze: kolejna osóbka, kolejna tajemnica do przeniknięcia.

Rąbki tajemnic uchylają się w drobiazgach. Chwile – one odsłaniają to, co dni i tygodnie mogą ukryć. Właśnie w ten sposób będę chciała przedstawić Wam naszych przyjaciół i przekonać do „normalności” życia w „nienormalności” warunków. Że naprawdę mnóstwo jest małych Mozartów, którzy dopominają się o uznanie swojego skarbu, a tylko nie zawsze umiemy odczytać te drobne sygnały.*

Dziecięctwo i dziecinność to dwie różne rzeczy.

* I teraz konkurs: kto wie do zakonczenia jakiej ksiazki nawiazalam w tym zdaniu… Dla ulatwienia ;)  dodam, ze jest to jedna z tych, z ktorymi sie nie rozstaje, nawet tu, w Peru.

Cos sie konczy…?

Konczy sie jeden rok, zaczyna kolejny… Po Nowym Roku w Polsce studenci beda pomalu drzec* przed egzaminami -cos konczyc, a w Peru i uczniowie i studenci pójda na nowo zdobywac wiedze – cos zaczynac; styczen przyniesie zapewne (ufajmy) wieksze sniegi i mrozy polskim amatorom sportów zimowych, tutaj – sprawi, ze wszyscy zatesknia za basenem i morskimi, przepraszam, oceanicznymi falami, a to za sprawa najwiekszych letnich upalów.  Taaak… Wakacje. Zazwyczaj kojarza sie z wypoczynkiem (no dobrze, w obecnej ekonomicznej rzeczywistosci z praca w wielkiej Brytanii), ale Bosconia zapelni sie przed poludniem malymi i wiekszymi „milosnikami” nauki, a po poludniu takimiz wiekiem i wzrostem wielbicielami pilek, skakanek i innych gier, jakichkolwiek sie nie wymysli. Ruszaja bowiem: „vacaciones útiles”, Oratorio Sol Bosco i szkola katechetów. Po kolei. „Vacaciones útiles” to szansa dla tych, którym sie nie chcialo w ciagu roku… Teraz musi im sie chciec. A poza tym… Cóz piekniejszego niz matematyka kiedy slonce swieci ;) Taki tu obyczaj. Oratorio Sol Bosco ma to do siebie, ze juz sama nazwa mnie zachwyca swoja pomyslowoscia, a jest po prostu szansa gier i zabaw, owocnego wykorzystania wakacyjnego czasu z dala od monotonii piaszczystych przedprozy malych okolicznych domków. Ostatnia propozycja jest skierowana do tych raczej starszych, którzy przyjeli lub maja przyjac sakrament bierzmowania, a którzy chca pomóc w prowadzeniu do Boga swoich mlodszych przyjaciól. Przy okazji jest to pewna droga, czesto zupelnie nowa, na której moga odkryc nowych siebie. Guillermina, jedna z animatorek oddanych niemal bez reszty pracy w oratorium i przygotowaniu do Pierwszej Komunii, dopóki nie zostala „nominowana” na animatorke, nigdy nie sadzila, ze potrafi pracowac z dziecmi. Obecnie nie widze wielu lepszych od niej.

Nowa droga, nowe odkrywanie siebie samych, nowe wyzwania, nowe przedsiewziecia… A przy tym bagaz doswiadczen, lancuszek wdziecznosci przyjaciól, który nigdy sie nie urywa i towarzyszy przez cale zycie – Niech Nowy Rok 2008 bedzie nieustannym zaskakiwaniem siebie samych i pozwalaniem na zaskakiwanie nas przez Boga.

Prospero Año Nuevo!