Coś o Peru
Coś bym napisała. Coś o Peru. Bardzo chciałam przekazać tu tłumaczoną relację z wizyty urny księdza Bosco w „mojej” misji, ale relacja nie nadchodzi i nie nadchodzi… Albo wiele zajęć, albo… (wolę nie kończyć tego drugiego „albo”)
Kończę studia,
w sumie mam coraz bardziej w głowie poukładane co dalej, ale marzenia są niepoukładane. Na pewno tylko w mojej głowie. Ufam,że Bóg „już od wieków ma koncepcję życia każdego z nas” (ks. Franciszek Blachnicki). Koncepcję ma, tylko czy zrealizuje… W sumie całe życie uczę się Mu nie przeszkadzać. Bardzo dobrze na tym wychodzę.
Wróciłam przed chwilą do moich wspomnień wakacyjnych, do spotkania z moimi kochanymi przyjaciółmi z Bosconii, którzy są na drodze odkrywania swojego powołania. Ostatnio „powołanie” to u mnie temat nr 1. Więc myślę o nich, myślę o Juanie, Cristhianie, Robercie, Pedro, innym Cristhianie – oni już są na drodze formacji salezjańskiej, myślę też o klerykach, którzy studiują w Kolumbii i mają dni wypełnione do granic możliwości pracą apostolską (gdy myślę o nich,myślę też o moim serdecznym przyjacielu L., który kiedyś zostanie świętym o wybitnie nietypowym imieniu
). Myślę o Lourdes i Milagros, które odnalazły sie na drodze życia zakonnego, wspominam młodych ze szkoły technicznej, którzy poszukują najpierw samych siebie i pogodzenia z własnym życiem, marzą o miłości…, ogarniam pamięcią rosnące powołania… przeróżne, o których rozmawiając spędzaliśmy długie, ciepłe (zimowe i letnie
) wieczory…
Przyszedł jakiś taki ciekawy czas, kiedy moja tęsknota się pogłębia. Tak, właśnie „pogłębia”. Jest cicha i głęboka. Pogodzona sama ze sobą, ale wciąż obecna. Nie ma w sobie nic z płaczliwego sentymentu, ale jest samą miłością. Zadziwiające, jak toczy się życie. Jest pasmem niespodzianek. I co z tego, że zamiast wędrować po piaskach i służy jako wszystko-na-raz dla dzieci siedzę i piszę prace magisterskie. I tak wiadomo, co mam w sercu.
Wczoraj widziałam na Rynku Staromiejskim w Toruniu dwóch chłopaków puszczających ogromne bańki mydlane. Patrzyłam jak urzeczona. Jak małe dziecko. I co, że moją pierwszą myślą było: „to trzeba powtórzyć w Oratorium Bartolomé Garelli”… Niby wróciłam na dobre, ale jest mnie naprawdę więcej niż się wydaje.
Jeżeli to, co piszę, wydaje się Wam niejasne i wyjątkowo „ciche”, nie dziwcie się. To, co piszę, jest takie jak moja tęsknota. Cicha i zakorzeniona. I będzie rosnąć. Tylko co z niej wyrośnie…?



Jednak szybko mija rok, szczególnie akademicki. Ciągle mam wrażenie,że dopiero wróciłam z Bosconii, i tym bardziej nieodparte jest inne wrażenie: ciągłego trwania w gotowości do wejścia w te same obowiązki i posługi, które przez rok były moim chlebem powszednim. Jednak perpetuum mobile jest możliwe, więcej nawet – jest rzeczywistością. Jest nim ludzkie serce. Raz wprawione w ruch, nie ustanie. I tak, ciągle mając na względzie jakieś TU i jakieś TERAZ, coraz mniej patrzę ku temu, co BYŁO, bo ciągle coś się STAJE i ciągle ważne jest to, co BĘDZIE… jest coraz ważniejsze. Oto minęły miesiące między 11 września 2008, kiedy stanęłam na nowo na płycie Okęcia, a tylko wypartywac dnia 24 czerwca, kiedy ponownie się tam znajdę,by patrzec w wytęsknionym kierunku. Tak, tak, właśnie tak
z zupełnie nowym bagażem doświadczeń, a przy tym z niby tym samym, a jednak całkiem nowym zadaniem do wykonania, przymierzyc przemienione serce do tej samej Miłości, a przy tym zgodzic się na moje „mało”, na dwa drobne pieniążki wrzucane do skarbony, na które Ktoś jednak liczy.
W Peru, można zdobyć zaufanie i przychylność dzięki sprawom zupełnie od siebie niezależnym… Zawsze się cieszyłam z mojego koloru oczu, ale nie sądziłam, że to jest aż taki cud.

Co jakiś czas w niedzielę dzieci z „oratorium latającego” z Kurt Beer przychodzą na basen. Robimy tak: rano idziemy na zbiórkę tam, gdzie zwykle się razem bawimy i idziemy razem z oratorianami na mszę świętą dla dzieci, na godzinę 9.00. Siadamy razem w ławkach po lewej stronie ołtarza, a potem ci, którzy przyszli, otrzymują karnety w pieczątką jako wejściówki na popołudniowy basen.
Poranek zaczął się jak każdy, choć - wiadomo – świątecznie. W dodatku przypadały urodziny pani Jadwigi, która przez sześć miesięcy towarzyszyła nam, pracując w miejscowym centrum medycznym. Był ranek, każdy indywidualnie kończył śniadanko, tu i ówdzie nawiązały się pogawędki. Kuchnia była chyba jeszcze na naszej głowie, ale zanim to… „Kto mi potowarzyszy?” – usłyszałam głos księdza Ryszarda, wówczas pracującego w Arequipie, ale goszczącego u nas. „A dokąd?” „Do chorego,idę z komunią świętą i namaszczeniem chorych”. Przez moment zakręciło mi się w głowie. Nikomu nic nie mówiłam, ale podobna wizyta była moim cichym marzeniem… Już za 10 minut wyszłam razem z księdzem Ryszadrem za bramę Bosconii, w towarzystwie pani mającej doprowadzić nas do domku chorego… dwie przecznice dalej!