Dwa portrety
Ma na imię Romario. Ma 16 lat. Jest łobuzem. Przychodzi regularnie do oratorium popołudniowego, straszy dzieci, chodzą pogłoski, że kradł. Nie zwraca uwagi na słowa animatorów, podobno już każdy z nim rozmawiał na osobności i nic nie wskórano. Burzy atmosferę nauki w klasie nie przynosząc żadnych zadań do zrobienia, śmiejąc się i głośno rozmawiając, rzucając komentarze w stronę animatora. Należy do bandy młodych ludzi wystających na ulicach i pokazujących na wszelkie możliwe sposoby swoją „siłę”. Pojawił się w sobotę przy kaplicy z niewielką grupą kolegów, kiedy grupa ministrantów modliła się różańcem. Stukał w szyby, przeszkadzał, śmiał się. Podczas niedzielnej mszy świętej robią to samo. Wszyscy na niego narzekają, żałują, że się zjawia, bo wprowadza zamęt i nerwowo-lękliwą atmosferę. Jest obecnie jednym z głównych problemów oratorium w Bosconii.
Ma na imię Romario. Ma 16 lat. Jest drugim z dziewięciorga dzieci bardzo ubogiej rodziny, której ojciec regularnie się upija. Od najmłodszych lat przychodził do Bosconii, znał wszystkich księży salezjanów i wolontariuszy, którzy przeszli przez misję. Znam go z oratorium peryferyjnego, kiedy ubił opowiadać mi o jednym z salezjanów, który był dla niego szczególnym autorytetem. Kiedy dostał do rąk duży, elegancko wydane atlas Europa z cyklu National Geographic w sposób wzruszający oglądał zdjęcia razem z małym chłopczykiem, który razem ze swoim bratem robi swoje zadania domowe w tej samej sali. Graliśmy razem w sznura, kręcąc liną, by inni skakali, a czasem sami też skacząc. Chętnie pomógł mi zwinąć sprzęt sportowy i przyniósł do biura, czym zaskoczył naszego kochanego kleryka. Potrafi zaprowadzić porządek w sali. Wspomniał kiedyś podobno, że „wszyscy uważają, że on może robić tylko złe rzeczy”. Ma delikatną twarz, łagodne spojrzenie i, jako jeden z nielicznych, kędzierzawą czuprynę na głowie. Kiedy się zakocha, jak mały chłopczyk rysuje serduszka na kartce.
Chyba lubimy się coraz bardziej.
Jednak szybko mija rok, szczególnie akademicki. Ciągle mam wrażenie,że dopiero wróciłam z Bosconii, i tym bardziej nieodparte jest inne wrażenie: ciągłego trwania w gotowości do wejścia w te same obowiązki i posługi, które przez rok były moim chlebem powszednim. Jednak perpetuum mobile jest możliwe, więcej nawet – jest rzeczywistością. Jest nim ludzkie serce. Raz wprawione w ruch, nie ustanie. I tak, ciągle mając na względzie jakieś TU i jakieś TERAZ, coraz mniej patrzę ku temu, co BYŁO, bo ciągle coś się STAJE i ciągle ważne jest to, co BĘDZIE… jest coraz ważniejsze. Oto minęły miesiące między 11 września 2008, kiedy stanęłam na nowo na płycie Okęcia, a tylko wypartywac dnia 24 czerwca, kiedy ponownie się tam znajdę,by patrzec w wytęsknionym kierunku. Tak, tak, właśnie tak
z zupełnie nowym bagażem doświadczeń, a przy tym z niby tym samym, a jednak całkiem nowym zadaniem do wykonania, przymierzyc przemienione serce do tej samej Miłości, a przy tym zgodzic się na moje „mało”, na dwa drobne pieniążki wrzucane do skarbony, na które Ktoś jednak liczy.
W Peru, można zdobyć zaufanie i przychylność dzięki sprawom zupełnie od siebie niezależnym… Zawsze się cieszyłam z mojego koloru oczu, ale nie sądziłam, że to jest aż taki cud.

Co jakiś czas w niedzielę dzieci z „oratorium latającego” z Kurt Beer przychodzą na basen. Robimy tak: rano idziemy na zbiórkę tam, gdzie zwykle się razem bawimy i idziemy razem z oratorianami na mszę świętą dla dzieci, na godzinę 9.00. Siadamy razem w ławkach po lewej stronie ołtarza, a potem ci, którzy przyszli, otrzymują karnety w pieczątką jako wejściówki na popołudniowy basen.
Poranek zaczął się jak każdy, choć - wiadomo – świątecznie. W dodatku przypadały urodziny pani Jadwigi, która przez sześć miesięcy towarzyszyła nam, pracując w miejscowym centrum medycznym. Był ranek, każdy indywidualnie kończył śniadanko, tu i ówdzie nawiązały się pogawędki. Kuchnia była chyba jeszcze na naszej głowie, ale zanim to… „Kto mi potowarzyszy?” – usłyszałam głos księdza Ryszarda, wówczas pracującego w Arequipie, ale goszczącego u nas. „A dokąd?” „Do chorego,idę z komunią świętą i namaszczeniem chorych”. Przez moment zakręciło mi się w głowie. Nikomu nic nie mówiłam, ale podobna wizyta była moim cichym marzeniem… Już za 10 minut wyszłam razem z księdzem Ryszadrem za bramę Bosconii, w towarzystwie pani mającej doprowadzić nas do domku chorego… dwie przecznice dalej!