Agnieszka Jaroszewicz

…A raczej dwie Agnieszki na misyjnym szlaku

Dwa portrety

07
03

Ma na imię Romario. Ma 16 lat. Jest łobuzem. Przychodzi regularnie do oratorium popołudniowego, straszy dzieci, chodzą pogłoski, że kradł. Nie zwraca uwagi na słowa animatorów, podobno już każdy z nim rozmawiał na osobności i nic nie wskórano. Burzy atmosferę nauki w klasie nie przynosząc żadnych zadań do zrobienia, śmiejąc się i głośno rozmawiając, rzucając komentarze w stronę animatora. Należy do bandy młodych ludzi wystających na ulicach i pokazujących na wszelkie możliwe sposoby swoją „siłę”. Pojawił się w sobotę przy kaplicy z niewielką grupą kolegów, kiedy grupa ministrantów modliła się różańcem. Stukał w szyby, przeszkadzał, śmiał się. Podczas niedzielnej mszy świętej robią to samo. Wszyscy na niego narzekają, żałują, że się zjawia, bo wprowadza zamęt i nerwowo-lękliwą atmosferę. Jest obecnie jednym z głównych problemów oratorium w Bosconii.

                Ma na imię Romario. Ma 16 lat. Jest drugim z dziewięciorga dzieci bardzo ubogiej rodziny, której ojciec regularnie się upija. Od najmłodszych lat przychodził do Bosconii, znał wszystkich księży salezjanów i wolontariuszy, którzy przeszli przez misję. Znam go z oratorium peryferyjnego, kiedy ubił opowiadać mi o jednym z salezjanów, który był dla niego szczególnym autorytetem. Kiedy dostał do rąk duży, elegancko wydane atlas Europa z cyklu National Geographic w sposób wzruszający oglądał zdjęcia razem z małym chłopczykiem, który razem ze swoim bratem robi swoje zadania domowe w tej samej sali. Graliśmy razem w sznura, kręcąc liną, by inni skakali, a czasem sami też skacząc. Chętnie pomógł mi zwinąć sprzęt sportowy i przyniósł do biura, czym zaskoczył naszego kochanego kleryka. Potrafi zaprowadzić porządek w sali. Wspomniał kiedyś podobno, że „wszyscy uważają, że on może robić tylko złe rzeczy”. Ma delikatną twarz, łagodne spojrzenie i, jako jeden z nielicznych, kędzierzawą czuprynę na głowie. Kiedy się zakocha, jak mały chłopczyk rysuje serduszka na kartce.

                Chyba lubimy się coraz bardziej.

Tak normalnie

06
25

No i znow jestem na peruwianskiej ziemi. Lot minal szybko i spokojnie, w dobrym towarzystwie mlodziutkiej Peruwianki :) Kiedy siedzialam w samochodzie, za kierownica jeden znajomy salezjanin, obok drugi, jeszcze bardziej znajomy :) a naokolo limenskie klimaty pomyslalam,ze to wszystko jest tak normalne, jak kazdy moj przejazd z Gdanska do Torunia czy z powrotem. Rzeczywiscie, nie pomylilam sie sadzac,ze bede sie czuc, jakbym nie wyjezdzala stad… W dodatku juz teraz, jak pisze te slowa, mam w paszportowce na sercu bilet na nocny autobus do Piura. Zanim jednak tam dotre, wykorzystam te godziny w stolicy, by odwiedzic przyjaciol. To takie normalne, prawda?

Patrząc znów przed siebie

06
07

img_6524Jednak szybko mija rok, szczególnie akademicki. Ciągle mam wrażenie,że dopiero wróciłam z Bosconii, i tym bardziej nieodparte jest inne wrażenie: ciągłego trwania w gotowości do wejścia w te same obowiązki i posługi, które przez rok były moim chlebem powszednim. Jednak perpetuum mobile jest możliwe, więcej nawet – jest rzeczywistością. Jest nim ludzkie serce. Raz wprawione w ruch, nie ustanie. I tak, ciągle mając na względzie jakieś TU i jakieś TERAZ, coraz mniej patrzę ku temu, co BYŁO, bo ciągle coś się STAJE i ciągle ważne jest to, co BĘDZIE… jest coraz ważniejsze. Oto minęły miesiące między 11 września 2008, kiedy stanęłam na nowo na płycie Okęcia, a tylko wypartywac dnia 24 czerwca, kiedy ponownie się tam znajdę,by patrzec w wytęsknionym kierunku. Tak, tak, właśnie tak :) Rzekłabym: zupełnie nowa,pict4783 z zupełnie nowym bagażem doświadczeń, a przy tym z niby tym samym, a jednak całkiem nowym zadaniem do wykonania, przymierzyc przemienione serce do tej samej Miłości, a przy tym zgodzic się na moje „mało”, na dwa drobne pieniążki wrzucane do skarbony, na które Ktoś jednak liczy.

Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, ciągłe patrzenie przed siebie przy jednoczesnym trwaniu wiernie przy tym,co „tu i teraz”, zgoda na nieustanną niegotowośc i stawanie się, zgoda na każdorazowe „nie mam racji”, na ciągłe błędy – to właśnie jest wolnośc i wiąże się ściśle ze szczęściem, takim prostym, rodzącym uśmiech w momentach co najmniej nietypowych. A jaką radością jest powrót do jednego z własnych, pielgrzymich Domów… :)

Pascha 2009

04
11

pascha-2009

Otwórz Twoje piękne oczy

03
20

img_9509W Peru, można zdobyć zaufanie i przychylność dzięki sprawom zupełnie od siebie niezależnym… Zawsze się cieszyłam z mojego koloru oczu, ale nie sądziłam, że to jest aż taki cud.

-          Señorita, nie chce się zamienić na oczy?

-          Pewnie, że chcę, ty masz takie ładne…

-          Ale nie, nie tak…

-          Jak to nie tak?! Myślisz, że co? Że tez bym nie chciała takich?

Pewnie, że odwróciłam kota ogonem, ale tylko w ten sposób pozwalam otworzyć te cudne węgielki na skarby, które złożone są w ich właścicielach przez dobrego Boga.

 

Wszyscy wypatrujemy wiosny, już cieszymy się każdym promieniem słońca, cieszymy się, że niedługo dzień będzie dominował nad nocą, że przyjdą ciepłe dni, wraca do nas życie. Czy my właściwie wimy, czym ono jest? Wiemy kim jesteśmy, znamy ten skarb, który został w nas złożnony? Wszystkie moje mniejsze i większe skarby z pustynnych dzielnic Piura musiały w konfrontacji ze mną na nowo, albo, częściej, po raz pierwszy odkrywac, jaką wartośc mają w sobie. To, co się powszechnie uważa za piękne, niekoniecznie nim jest, to, co się podaje za właściwe, niekoniecznie jest dobre, a to, co jest najgłośniejsze i najbardziej rozreklamowane, niekoniecznie jest wartością. Kiedy patrzę w oczy kolejnego cudu świata, wiem jaka jest właściwa hierarchia wartości. Przypominam sobie kolejne piękne osoby i osóbki poznawane w Peru, które były przekonane o własnej „brzydocie” lub innych głupstwach.img_4830

 

Czy to takie odosobnione? Nie, to cierpienie całego dzisiejszego świata. Bez względu, czy będzie to mały łoobuziak ubogo ubrany, boso biegający po pustyni z piaskiem we włosach, czy uczeń renomowanego liceum, czy zabiegany student, czy zatroskana matka, czy uchodźca z odległego kraju, który nawet u siebie w domu nie mógł czuc się jak w domu, czy jeszcze ktoś inny. Świat jest w sumie malutki, nas wszystkich dotykają te same problemy, bo dusze mamy tak podobne…

 

Szukamy życia, szukamy piękna – to nas tak urzeka wiosną – a poszukajmy wreszcie życia w nas. Kochany gościu, spójrz sobie głęboko w oczy i zapytaj, jak daleko jesteś od własnego życia. Czy może też szukasz, z kim chciałbyś się zamienic? Jesteś zwierciadłem Nieba, czy w to teraz wierzysz czy nie. I nie musisz byc niczym więcej, tylko sobą, by byc wspaniały i niepowtarzalny.

Otwórz Twoje piękne oczy.

Walentynki, czyli jak to jest z tym mówieniem „kocham”…

02
14

Przyznam się, że kiedy wyruszałam do Peru z całym zapałem, jaki może dac miłośc, nie sądziłam gdzie jeszcze to moje doświadczenie mnie zaprowadzi. A tu okazuje się, że… właśnie wróciłam z Hiszpanii, gdzie gościłam najpierw w Madrycie, a potem we wspólnocie salezjańskiej w Barcelonie (prawie tydzień). Pojechałam tam do brata Antonia, który przez dwa miesiące był z nami w Bosconii. I okazało się, że zanim ja się tam pojawiłam (i poopowiadałam dzieciom i młodzieży z tamtejszej szkoły o moim peruwiańskim doświadczeniu), audytorium było świetnie przygotowane… „Antonio, to jest ta Agnieszka co przytuliła Brendę?” „Tak, to ona…”  …O co chodziło?

Otóż pewnego wieczoru, konkretnie 16 sierpnia, w urodziny świętego Jana Bosco, po wielkim festiwalu piosenki, kiedy sprzątanie po imprezie dobiegło końca i większośc z nas padała na pyszczki ze zmęczenia, ale uśmiechy jeszcze nie dawały się spłaszczyc na naszych twarzach, silna ekipa z Bosconii, w składzie ja i jeden z kleryków, i co starsi z ministrantów, odprowadzała wszystkich wytrwałych pomocników do domów. Jako ostatnia udała się do siebie Brenda, urocza dziewczyna, lat 18, uczestniczka konkursu, zdobywczyni trzeciego miejsca. Jedna z najbliższych mi duszyczek i osóbka, która obdarzyła mnie ogromnym zaufaniem. Otóż towarzyszyła nam do każdego domku i na koniec, kiedy przyszło nam powiedziec sobie ”dobranoc”, przytuliłam ją mocno i raz jeszcze pogratulowałam występu na festiwalu (bardzo brakowało jej pewności siebie). Bardzo chciałam powiedziec jej wtedy coś wyjątkowego, zwłaszcza, że wiedziałam od jej kuzynki, że tego dnia bardzo tego potrzebowała… Więc przycisnęłam ją mocno do siebie i powiedziałam po hiszpańsku: te quiero mucho, hijita („bardzo cię kocham córeczko” – już wcześniej oficjalnie zostałam jej mamą :) ). Następnego dnia była niedziela i wszyscy znów spotykaliśmy się w Bosconii na niedzielnej mszy świetej. Brenda podeszła do mnie i powiedziała: „Wiesz, wczoraj jak się pożegnałyśmy i poszłam do domu, to popłakałam się ze wzruszenia…”. Byłam pewna, że chodziło o całośc przeżyc tego dnia, związanych z festiwalem i emocjami z nim związanymi, więc upewniłam ją jeszcze raz w tym, że dla swoich przyjaciół to ona została gwiazdą (kibicowali jej wyśmienicie, aż ja sie uśmiechałam z radości). Ale ona pokiwała przecząco głową i powiedziała: „Nie, nie o to chodzi, lecz kiedy ty powiedziałaś mi te quiero… Wtedy się rozpłakałam. Wiesz, moja mama nigdy mi tego nie powiedziała…”

Może ważne są takie dni jak dziś, może warto traktowac je na serio i brac przykład od zakochanych: że słowo „kocham” jest nam do życia koniecznie potrzebne … i że sam Jezus chciał, by nas rozpoznawano po wzajemnej miłości, by właśnie z tego nas zapamiętywano.

Kiedy mi nadano imię…

01
23

pict4260Już minął 21 stycznia, a ja z uśmiechem wspomniałam dzień, kiedy spontanicznie dostałam nowe imię… Czyli kolejna wzmianka o mojej wielkiej sympatii - Jeffersonie :)

 

W „oratorium latającym” im. Bartolomé Garelli w Kurt Beer wprowadziliśmy porządek. Każde dziecko zostało zapisane na listę i otrzymało kolorowy identyfikator z imieniem. Animatorzy też. W następną niedzielę okazało się, że zapomniałam swojego. Ustawiłam się grzecznie razem z dziećmi w kolejce. Tuż obok czekał chłopczyk, w którego oczach można by się utopić. I jak tu nie zaczepić takiego przystojniaka? Trzeba było coś wymyślić.

-          No popatrz, wszystkich pytają o imię. Jakie imię mi nadasz?

-          …???

-          No, jakie imię byś chciał, żebym miała? Jakie mi pasuje?

-          Espíritu Santo

-          yyy… (po polsku też bym nie wiedziała co powiedzieć) …No, ale jakie? (naprawdę byłam ciekawa)

-          Maricielo

I tutaj mój mały przyjaciel, Jefferson, speszył się nieco.

Nosząc dumnie plakietkę z napisem „Agnieszka Maricielo” zastanawiałam się, czy miałam zaszczyt otrzymać imię jego mamy czy kogoś innego, równie ważnego. A może tak jak ja uważa, że najlepiej to jest w niebie? (cielo) Na pewno właśnie tam się razem spotkamy.

Misyjny dzień Dziecka 2009

01
06

Obiecałam pisac zaległe „Obrazki z Peru”. Oto jeden z najpiękniejszych, jakie do tej pory mam przed oczyma, w sam raz na niezwykły dzień Trzech Mędrców, będący również Misyjnym Dniem Dziecka. Oto prawdziwa mądrośc:

dscf7030Co jakiś czas w niedzielę dzieci z „oratorium latającego” z Kurt Beer przychodzą na basen. Robimy tak: rano idziemy na zbiórkę tam, gdzie zwykle się razem bawimy i idziemy razem z oratorianami na mszę świętą dla dzieci, na godzinę 9.00. Siadamy razem w ławkach po lewej stronie ołtarza, a potem ci, którzy przyszli, otrzymują karnety w pieczątką jako wejściówki na popołudniowy basen.
Kiedy pierwszy raz towarzyszyłyśmy im w ten sposób, co najmniej dwoje dzieci zabrało ze sobą swoje młodsze rodzeństwo, to jest maleństwa liczące sobie nie więcej niż roczek czy dwa. Między innymi mój ulubieniec, dziewięcioletni Jefferson, opiekował się swoim malutkim braciszkiem. Nie puszczał go ani na chwilę. Trzymał na rękach, przytulał, obsypywał pocałunkami i głaskał po główce. Z największą cierpliwością uspokajał i pocieszał, szepcząc coś po cichu do uszka.
W rzędzie obok, w ławce sąsiadującej, inny, starszy chłopiec, już nie potrafił okazać swojemu braciszkowi tyle miłości. Jedynie zasłaniał dłonią jego buzię, żeby ten nie płakał tak głośno. Oczywiście efekt był przeciwny. Malec uspokoił się dopiero gry chłopcy zaczęli bawić się z nim bucikami. Nawiasem mówiąc prawie by je zgubili.
Miłość jest najlepszym lekarstwem na wszystko, najlepszym „systemem prewencyjnym”. Nie dziwi mnie, że braciszek Jeffersona, obdarzony równie pięknymi oczkami, spokojniutko obserwował swoje otoczenie: kościół i otaczające go osoby. Miałam szczęście znajdować się w polu jego obserwacji. Otrzymałam porządną katechezę.

Nowy Rok bieży…

01
01

Szczęśliwego Nowego Roku 2008! …”Co? Chyba coś ci sie pomyliło! 2009 się zaczyna!” Owszem – odpowiem – ale chcę mu dać taką szansę, jaką dostał darmo rok poprzedni. Siedzę sobie w cichości popołudnia, pierwszego w nowym roku, i rozmyślam nad niespodziankami Nieba. Dokładnie rok temu dostałam w prezencie jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. I tak już pozostało. Wierząc w Boga trzeba umieć wierzyć w szczęście, większe z dnia na dzień.

img_7541Poranek zaczął się jak każdy, choć - wiadomo – świątecznie. W dodatku przypadały urodziny pani Jadwigi, która przez sześć miesięcy towarzyszyła nam, pracując w miejscowym centrum medycznym. Był ranek, każdy indywidualnie kończył śniadanko, tu i ówdzie nawiązały się pogawędki. Kuchnia była chyba jeszcze na naszej głowie, ale zanim to… „Kto mi potowarzyszy?” – usłyszałam głos księdza Ryszarda, wówczas pracującego w Arequipie, ale goszczącego u nas. „A dokąd?” „Do chorego,idę z komunią świętą i namaszczeniem chorych”. Przez moment zakręciło mi się w głowie. Nikomu nic nie mówiłam, ale podobna wizyta była moim cichym marzeniem… Już za 10 minut wyszłam razem z księdzem Ryszadrem za bramę Bosconii, w towarzystwie pani mającej doprowadzić nas do domku chorego… dwie przecznice dalej!

W domu zebrała się cała rodzina: córka z dwoma synkami, żona, brat… i sam gospodarz domu, a raczej skromny, drobny mężczyzna wiekowo mogący dobiegać 80 lat życia. Przywitał nas z uśmiechem na ustach, siedząc na wózku inwalidzkim, ściskając serdecznie dłonie i darząc wzruszeniem i jasnością niewidzących oczu. W skromnym, choć przestronnym, murowanym, czysto utrzymanym domku, można poznać od razu, że panuje miłość. W rozmowie, którą rozpoczął ksiądz Ryszard zanim przystąpił do sakramentów, domownicy otwarcie dzielili się swoimi najcieplejszymi uczuciami. szkoda, że nie pamiętam imion. Choć w ten sposób pan, którego przyszliśmy odwiedzić, za zawsze pozostanie dla mnie Hiobem. Jego pogoda ducha,z jaką wypowiadał każde słowo, napawała radością. Mówił: „Dlaczego nie miałbym mieć nadziei? Już od dawna nie mogę się ruszać, czasem i poboli, teraz jeszcze wzrok… ale przecież Bóg nad wszystkim czuwa, Jego wola… Dał mi wspaniałą rodzinę,która o mnie dba, czego mogę chcieć więcej?” Rodzina potwierdzała,że czasem jest ciężko, że czasem i ból jest ogromny… „Ale z Bożą pomocą…”. Słowa wyczytane przeze mnie z ewangelii: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem” były wyrazem tego, czym żyje ta rodzina. Bóg w hostii sam chciał trafić pod ten dach.

Tak, naprawdę wierząc w Boga trzeba umieć wierzyć w szczęście, większe z dnia na dzień.

Szczęśliwego Nowego Roku!

El Padre Amerindio

12
19

 

Chcę mówić do Ciebie Ojcze w aymara,
Chcę mówić do Ciebie Ojcze w araucano,
Chcę pokazać Ci Ojcze moje otavalo,
Chcę dziękować Ci za moją indiańską Amerykę.
 
Chcę powiedzieć głośno, że Cię kocham w quechua
Chcę rozsiewać twoje Królestwo ziarnem Majów
Chce oddać Ci moje życie jak Aztek
Chcę ozdobić Twoje czoło złotem Inków.
 
Mój Ojcze, w Twoim sercu odnajduję moją harmonię
i chcę ofiarować teraz cały mój naród Maryi.
 
Chcę nazywać Cię Ojcem w guaraní,
Chcę wychwalać Ciebie Ojcze  moją duszą shuara,
Chcę pokazać Ci Ojcze góry i morza
Chcę podziękować Ci za moją indiańską Amerykę.

… Bo Boże Narodzenie to czas dziękczynienia. Chcę podzielic się z Wami moją ukochaną pieśnią peruwiańską. Ufam, że to nie będzie ostatnia. Dobrego czasu ostatnich przygotowań serca!