Agnieszka Jaroszewicz

…A raczej dwie Agnieszki na misyjnym szlaku

Nasze Betlejem

12
24
JasełkaMaryja, Józef, Dzieciątko…
To nic, że mają inne imiona,
Że aniołki są dobrze znane,
Że pasterze nigdy nie opiekowali się owieczkami.
 
Boże Narodzenie jest zawsze
Ludzie, których spotykamy przy wigilijnym stole to Święta Rodzina,
Ci, którzy są dla nas znakiem, że Bóg rzeczywiście się narodził – to aniołowie,
Wszyscy cisi i głośni, schowani i odnalezieni, przy obowiązkach i w czasie odpoczynku, ale zawsze gotowi i spragnieni spotkania ze Zbawicielem są owymi pasterzami, którzy wytańczyli swą radość przed Jezusem.
 
Odnajdź także swoje miejsce i swoje Betlejem, gdzie Bóg narodzi się właśnie dla Ciebie.

Pozwól się odnaleźć – rekolekcje adwentowe

11
29

                             Zbliza sie adwent… Co zrobic, zeby dobrze przyjac dar Bozego Narodzenia?

"Może myślisz, że już nikt i nic Ci nie pomoże… że już jest tak źle, że nie może być gorzej… nie chcesz, a może nie potrafisz dać szansy sobie… a tym bardziej Bogu. Możemy się mocno pogubić, zaplątać, zamknąć w bólu, rozpaczy i marazmie… Ale zawsze jest szansa, zawsze jest nadzieja – bo ta nigdy nie umiera. Nadzieja nigdy nie umiera sama z siebie – tylko my mamy władzę, by ją uśmiercić w sobie. Nie czyń tego! Pozwól Bogu Cię odnaleźć. Pozwól Mu objąć Cię w pełnym ciepła i miłości uścisku, jakim Ojciec wita od dawna oczekiwanego syna. Nie zamykaj się na zawsze! Daj sobie i Jemu szansę.

Celem tych rekolekcji jest pobudzenie wiary w tych osobach, które czują, że ją tracą lub utraciły. Nie widzą i nie doświadczają Boga w swoim życiu, mają do Niego żal, stał się On dla nich kimś odległym, obcym, może nawet złym. Zadają sobie ciągle pytanie: Kim jest Bóg, skoro pozwolił na… (śmierć mojego dziecka, na kalectwo mojego dziecka…). Te rekolekcje są też skierowane do tych, którzy nie widzą sensu swojego życia, którzy nie potrafią siebie pokochać i czują, że życie przelatuje im przez palce"

Jezeli, drogi Gosciu, czujesz, ze zaproszenie skierowane jest wlasnie do Ciebie, zajrzyj na strone o.Grzegorza Gintera SJ, ktory jest inicjatorem tych rekolekcji:  http://www.ginter.jezuici.pl/

Wylatujemy ze zlotej klatki

11
27

Niech juz zostanie ta "ptasia" terminologia. Zwlaszcza, ze po drodze zdazylysmy juz zaszczepic okolo tysiaca kur (kiedy to bylo…? Nawet nie pamietam :) ), a codziennie upajamy sie spiewem rajskich ptaszkow fruwajacych po naszym domowym patio. Rzeczywiscie, juz sporo razy opuscilysmy mury Bosconii, by zasmakowac troche peruwianskiego swiata. Srednio raz w tygodniu udajemy sie do centrum, zeby zaopatrzyc sie w najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak chusteczki do nosa – tak tak, na pustyni tez mozna sie przeziebic, nawet porzadnie. Przy okazji widzialo sie to i owo. Centrum Piura w niczym nie przypomina okolic Bosconii. Banki, domy towarowe, multikino, mnostwo barow, kawiarenek, budynki przemyslowe oraz wszedzie przemykajacy panowie w garniturkach i z neseserami. Showbusiness. Jak wielka odleglosc mozna przebyc w ciagu 10 minut jazdy mototaksowka!*. Wystarczy, ze zestawimy sobie elegancka pietrowa wille oblozona blyszczacymi kaflami, zaopatrzona w ganek i garaz, otoczona calkiem ladnym murowanym ogrodzeniem (takie mijamy po drodze do centrum) z domkiem Doñi Paquity i jej rodziny, ktora zawsze wita nas szerokimi usmiechami, kiedy przybywamy w niedzielne popoludnie do Kurt Beer w ramach "oratorium objazdowego". Zawsze uzyczaja nam pradu, zeby podlaczyc radio. Wówczas dzieciaki schodza sie w rytm piesni: "Vamos,vamos a eschuchar la palabra de verdad, vamos, vamos a adorar a Dios en el pan de la unidad" [idziemy, by sluchac slowa prawdy, idziemy adorowac Boga w chlebie jednosci]. Kiedy zajrzalam dyskretnie do srodka drewnianego domku, zobaczylam duze pomieszczenie wylozone glina, przedzielone sciankami i rozbudowane wglab. Zaslonki sluzace za drzwi byly nielicznymi elementami kolorowymi, ale skromne meble poustawiane byly gustownie i w porzadku. Prowizoryczna spizarnia, ktora poznalam po umieszczonej na pólce palecie jajek, takze byla uporzadkowana, choc uboga. Na jednym z pieknie wyplecionych krzesel, na poduszce lub kocyku, drzemal najspokojniej w swiecie uroczy rudy kociak, jakby odzwierciedlajc cieplo serc calej piecioosobowej rodzinki, ktora jest ostoja naszego oratorium. Naprawde, dom tworza ludzie. To chyba nie oni sa naprawde ubodzy.

* odsylam do galerii zdjec

No i znow obrastamy w Pi…óra :)

11
07

Oratorium, oratorium, wychodne, oratorium… Wychodne?! Tak, juz kilka razy zdarzylo sie nasm opuscic nasza zlota klatke i zakosztowac peruwianskiego swiata. O tym jednak napiszemy innym razem, bo inne wrazenia nieco przycmily nasze niedawne wyprawy do miasta… Wczoraj na tutejszej farmie byla wielka akcja szczepienia indyków i nie omieszkali zaangazowac calej (no,prawie calej) wspolnoty. Nasze pierwotne obawy przed nakluwaniem delikatnej ptasiej skorki zmienily sie wraz z zadaniem. Nie do nas nalezalo wstrzykiwanie blizej nieokreslonej substancji, ale za to trzeba bylo zapanowac nad tysiacem par (!) trzepocacych skrzydel, po czym chwytac dranie i podawac do szczepienia. Pióra byly wszedzie! A halas! ;) Czy nikt nigdy nie mówil o "indyczym spiewie"? Moze warto by zaczac :)  Prawdziwie misyjne zadanie, szczegolnie dla tych, ktorzy musieli z kazdym indykiem przelamywac wlasny strach i niechec. Dla innych… coz… Zawsze mozna zagrac w "kto da wiecej" i chwytac po dwa naraz. Po trzy juz sie nie dalo :) …A czemu w ogóle o tym wszystkim pisac? Bo to sie nazywa codziennosc. Praca, praca… A przy okazji kondycja fizyczna. Nic wznioslego, nic wielkiego. Jestesmy ludzmi i zyjemy wsrod innych stworzen, ktore sa nam poddane …A przy tym mozna jeszcze miec niezly ubaw,a jak! Pozdrawiamy z naszej farmy obrosniete w pióra.

Tydzien Misyjny 2007

10
25

Tym razem osobiscie. Ponizej zamieszczam fragment refleksji na tegoroczny Tydzien Misyjny, tak od "drugiej strony":

"Bardzo dużo mówi się o tym, że dający więcej otrzymuje niż daje. Ale jak wytłumaczyć, że tak naprawdę nie daje się niczego? …Trudne? Nie do przyjęcia? Być może da się to nazwać inaczej, ale jedyne, czego potrzebuje jeden człowiek, żeby znaleźć się wśród innych jako rzecznik Kościoła i Boga, to wiara, że moje nic może być podstawą kreacji jakiegoś świata. Ba! Skoro tak, powiecie, to po co latać aż na drugą półkulę? Jakkolwiek by to nie zabrzmiało: żeby było łatwiej. Żeby przy okazji odkrywać, że „różnimy się jedynie tak bardzo podobnie”, że te cudowne różnice są sobie nawzajem bardzo potrzebne, a podobieństwa pozwalają uchwycić Boży pomysł na skonstruowanie człowieka. (…)

 Życie jest tym najpiękniejszym czego możemy pragnąć, by móc się tym dzielić, to właśnie nasze małe nic, które, połączone z wiarą, może zaowocować jakimś nowym światem. Światem na co dzień ukrytym, tajemnicą Boga osłoniętą inną tajemnicą – czasu jej wyjawienia. Dużo tajemnic? Zawikłane to wszystko? Może na piśmie. “Świat powie to lepiej, niż książka przemilczy”. Żyje się po prostu, myśli muszą się tego dopiero nauczyć. A kiedy się nauczą – będziemy juz w Raju. I nie będzimy musieli nigdzie pielgrzymować, by budować jedność."

 

Jeszcze zyjemy, jakby sie ktos pytal

10
25

Robi sie goraco (i nie tylko "pogodowo", choc na szczescie i w tym sensie jest coraz cieplej). Jest coraz mniej czasu, zeby wstapic i napisac to czy owo. Nasz dzien wyglada mniej wiecej tak: 6.00 pobudka, 6.30 medytacja, 7.00 msza swieta z jutrznia i salezjankami, 7.30 sniadanie*, 9.00-11.30 oratorium poranne (ktore jest, notabene, naszym wlasnym obowiazkiem, dopiero co wystartowalo), 12.30 obiad (od pt. do niedz. nieco pozniej)*, 14.30 oratorium popoludniowe, na ktore sklada sie: 15.00-16.30 czas na nauke, 16.30-17.00 rekreacja, 17.00-17.30 podwieczorek (tym razem dolaczamy do calej grupy animatorow, ktorzy opiekuja sie poszczegolnymi grupkami dzieci); kiedy konczy sie oratorium mamy czas zeby integrowac sie z animatorami. Na razie kroluje gra w siatke, ale pomalu pojawiaja sie nowe elementy, jak chocby, ostatnio, wymiana talentow spiewaczych i tanecznych. Tak po 18.00 mamy chwilke na odpoczynek i o 19.15 zjawiamy sie na nieszporach i pozniej… lectura espiritual, a w niej… co nowego u kardynala Tarcisio Bertone, czyli wszytko o oficjalnych wizytach w Peru dystyngowanych przedstawicieli Kosciola. Pozniej kolacja* i czas wolny ile kto moze, no, chyba ze przysniemy nad laptopem dziergajac kolejne sceny jaselek. Nasze apogeum wytrzymalosci to godzina 23.00 … A tak w ogole to latamy ze scierami, zelazkami, odplamiaczami (czyli "ABC kury domowej"). Szkolimy sie pod kazdym wzgledem… Prawie kazdym ;)

Teraz czas na przypis: * trzeba zauwazyc, ze te nie trwaja krocej niz… jak to u latynosow… sami wiecie.

Obrastamy w Piura

10
13

Do miejsca przeznaczenia dotarlysmy 4 dni temu, ale mamy wrazenie, jakby uplynal juz miesiac. Dzieje sie naprawde duzo. Ale,ale… Nalezy sie Wam kilka slów wyjasnienia. Piura jest miastem pustynnym, dosc duzym, tzn. wystarczajaco duzym, by móc sie zgubic… Tym bardziej, ze poki co nie przekroczylysmy murow Bosconii. Innymi slowy: nie (wy)puszczamy sie (zwal jak zwal). A Bosconia to prawdziwa oaza na tej pustyni. Wody nam nie brakuje, wrecz musimy na nia uwazac. zeby nie byc potraktowane jak reszta bujnej roslinnosci. A jednak mozemy smialo powiedziec, ze obrastamy w Piura … i w dodatkowe gramy i dekagramy. To wszystko przez te pysznosci! …Bo ktoz by nie chcial upajac sie codziennie sokiem ze swiezej papai, wcinac ryz dwa razy dziennie zagryzajac slodkim ziemniakiem (papa dulce), ze nie wspomnimy juz o makaronie… Oczywiscie w polaczeniu z ziemniakami. Od pierwszego dnia towarzysza nam kurczaki. Wyjatek stanowi piatek: kuchnia serwuje wówczas na pól zywe rybki polane sokiem z cytryny. Wbrew pozorom nie jest to sushi ale tradycyjne peruwianskie seviche. Na nude nie narzekamy. mamy tu 1400 indykow, drugie tyle kurczakow, pare krow, kilka swiniakow, troche wiecej krolikow i oczywiscie, nr 1 w tutejszej kuchni, swinki morskie. Wciskaja nam kit, ze to nie sa zwierzaki domowe. W tym peletonie plasuja sie dzieciaki z Piura, ktorych jeszcze nie zdolalysmy policzyc. na naszym koncie jest okolo 20 zapamietanych imion. Powiedzmy, ze jest to osiemnasta czesc wszystkich… Carramba, czas na oratorium, musimy biec. ¿A Wy, w co obrastacie?

Pierwsze koty za ploty

10
09

Jestesmy juz w Limie. Zaoszczedzilysmy 7 godzin i poki co nie mamy zbytnich problemow z aklimatyzacja.

Chlopcy z Otwartego Domu Ks. Bosco sa wymagajacymi sportowcami. Wczoraj pogonili nas troche po boisku, wiec my (zeby zlapac oddech) zaproponowalysmy im gre w "króla". To byl strzal w 10. Chlopcy podchwycili pomysl i… nim sie zorientowalysmy na linii startu byla ich cala gromadka. Dzisiaj jest juz troche pustawo, bo chlopcy poszli do szkoly (wczoraj w Peru obchodzono swieto z okazji przegranej wojny,stad sporo czasu wolnego). Dzisiaj tez bedziemy musialy rozstac sie z chlopakami, bo wieczorem wyruszamy juz na nasza pustynie. Czeka nas cala noc w podrozy, ale, szczerze mówiac, chcemy zakosztowac juz pólnocnego ciepla, bo oceaniczna wilgoc zaczela nam doskwierac.

Już niedługo, coraz bliżej…

10
06

Jest  sobota 6 pażdziernika, godzina 21.27 czasu (jeszcze) polskiego. Obie Agnieszki stawiły się kilka godzin temu zwarte i gotowe w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie. Trzeba było dopełnić ostatnich formalności, odebrać bilety lotnicze i … Wreszcie uwierzyć w to, co się dzieje. Jutro o 5.00 ruszamy na Okęcie, a stamtąd … Bo tak jest z tymi, którzy z Ducha narodzili się: nikt nie wie, dokąd pójdą za wolą Twą… Ciąg dalszy nastąpi, gdyż, mamy nadzieję, nasi aniołowie nadążą za Lufthansą ;)

Misje: miłość ku większej jedności

10
05

Moja przygoda z misjami zaczęła się na poważnie trzy lata temu, kiedy zaczynałam studia, jednocześnie angażując się w dopiero powstającą grupę lokalną Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco. O samym dojrzewaniu powołania misyjnego miałam już okazję mówić wiele razy, więc może innym razem wspomnę to czy owo z przedostatniego roku minionego tysiąclecia (czas na przeliczenie… Tak, tak, to już tak długo). Nie lubię często wracać do tego samego, może dlatego też po raz kolejny ruszam nowym szlakiem, niesprawdzonym, wymagającym zaufania i swego rodzaju dezorganizacji. Tego ostatniego akurat mi nie brak, choć właśnie tę ułomnośc całkowicie wypełniam ufnością. Można powiedzieć, że ruszam w ciemno – za marzeniem, za którym, jak wierzę, kryje się jeszcze coś dużo większego, zakrytego przede mną stojącą na progu drogi. A droga prowadzi na pustynię – do miasta Piura na północy Peru. Pustynia… Czas?Przestrzeń? Miłość? Miłość na pewno. Jeśłi mam cokolwiek powtarzać, niech powtórzę po raz kolejny słowa znajomej siostry misjonarki z Nowosybirska: serce nigdzie nie zostaje, serce się "poszerza". I z moim tak się dzieje. Żadna jego część nie została w Gdańsku czy w Toruniu, nie została też ani cząstka na Ukrainie (jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało wobec moich ciągłych powrotów w tamte strony od czasu zeszłorocznego wyjazdu krótkoterminowego z ramienia wolontariatu). Nie, po prostu wszystkie odwiedzone miejsca i wszyscy napotkani ludzie pozostali w moim sercu i są moim jedynym bogactwem. Stąd też, jeszcze teraz, chcę zwrócić się ze szczególnym podziękowaniem do tych, którym tak wiele zawdzięczam. Tutaj przesuwają mi się przed oczyma wyobraźni liczne, tak bliskie mi twarze, lecz niech szczególne miejsce zajmie moja nie tak mała toruńska wspólnotka wolontariatu misyjnego, której znikomą cząstkę widać na zdjęciu obok. Kochani! Zarówno Wam, jak i wszystkim, którzy teraz czytają te słowa, życzę, by ten kolejny rok pracy, nauki i zdobywania nowych doświadczeń był piękny i owocny, prawdziwie misyjny, niezależnie od miejsca działania. "Misyjny" – w myśl słów, które czynię swoją dewizą:

MISJE: MIŁOŚĆ KU WIĘKSZEJ JEDNOŚCI.