Agnieszka Jaroszewicz

…A raczej dwie Agnieszki na misyjnym szlaku

Otwórz Twoje piękne oczy

03
20

img_9509W Peru, można zdobyć zaufanie i przychylność dzięki sprawom zupełnie od siebie niezależnym… Zawsze się cieszyłam z mojego koloru oczu, ale nie sądziłam, że to jest aż taki cud.

  Señorita, nie chce się zamienić na oczy?

  Pewnie, że chcę, ty masz takie ładne…

  Ale nie, nie tak…

  Jak to nie tak?! Myślisz, że co? Że tez bym nie chciała takich?

Pewnie, że odwróciłam kota ogonem, ale tylko w ten sposób pozwalam otworzyć te cudne węgielki na skarby, które złożone są w ich właścicielach przez dobrego Boga.

Wszyscy wypatrujemy wiosny, już cieszymy się każdym promieniem słońca, cieszymy się, że niedługo dzień będzie dominował nad nocą, że przyjdą ciepłe dni, wraca do nas życie. Czy my właściwie wimy, czym ono jest? Wiemy kim jesteśmy, znamy ten skarb, który został w nas złożnony? Wszystkie moje mniejsze i większe skarby z pustynnych dzielnic Piura musiały w konfrontacji ze mną na nowo, albo, częściej, po raz pierwszy odkrywac, jaką wartośc mają w sobie. To, co się powszechnie uważa za piękne, niekoniecznie nim jest, to, co się podaje za właściwe, niekoniecznie jest dobre, a to, co jest najgłośniejsze i najbardziej rozreklamowane, niekoniecznie jest wartością. Kiedy patrzę w oczy kolejnego cudu świata, wiem jaka jest właściwa hierarchia wartości. Przypominam sobie kolejne piękne osoby i osóbki poznawane w Peru, które były przekonane o własnej „brzydocie” lub innych głupstwach.img_4830

Czy to takie odosobnione? Nie, to cierpienie całego dzisiejszego świata. Bez względu, czy będzie to mały łoobuziak ubogo ubrany, boso biegający po pustyni z piaskiem we włosach, czy uczeń renomowanego liceum, czy zabiegany student, czy zatroskana matka, czy uchodźca z odległego kraju, który nawet u siebie w domu nie mógł czuc się jak w domu, czy jeszcze ktoś inny. Świat jest w sumie malutki, nas wszystkich dotykają te same problemy, bo dusze mamy tak podobne…

Szukamy życia, szukamy piękna – to nas tak urzeka wiosną – a poszukajmy wreszcie życia w nas. Kochany gościu, spójrz sobie głęboko w oczy i zapytaj, jak daleko jesteś od własnego życia. Czy może też szukasz, z kim chciałbyś się zamienic? Jesteś zwierciadłem Nieba, czy w to teraz wierzysz czy nie. I nie musisz byc niczym więcej, tylko sobą, by byc wspaniały i niepowtarzalny.

Otwórz Twoje piękne oczy.

Walentynki, czyli jak to jest z tym mówieniem „kocham”…

02
14

Przyznam się, że kiedy wyruszałam do Peru z całym zapałem, jaki może dac miłośc, nie sądziłam gdzie jeszcze to moje doświadczenie mnie zaprowadzi. A tu okazuje się, że… właśnie wróciłam z Hiszpanii, gdzie gościłam najpierw w Madrycie, a potem we wspólnocie salezjańskiej w Barcelonie (prawie tydzień). Pojechałam tam do brata Antonia, który przez dwa miesiące był z nami w Bosconii. I okazało się, że zanim ja się tam pojawiłam (i poopowiadałam dzieciom i młodzieży z tamtejszej szkoły o moim peruwiańskim doświadczeniu), audytorium było świetnie przygotowane… „Antonio, to jest ta Agnieszka co przytuliła Brendę?” „Tak, to ona…”  …O co chodziło?

Otóż pewnego wieczoru, konkretnie 16 sierpnia, w urodziny świętego Jana Bosco, po wielkim festiwalu piosenki, kiedy sprzątanie po imprezie dobiegło końca i większośc z nas padała na pyszczki ze zmęczenia, ale uśmiechy jeszcze nie dawały się spłaszczyc na naszych twarzach, silna ekipa z Bosconii, w składzie ja i jeden z kleryków, i co starsi z ministrantów, odprowadzała wszystkich wytrwałych pomocników do domów. Jako ostatnia udała się do siebie Brenda, urocza dziewczyna, lat 18, uczestniczka konkursu, zdobywczyni trzeciego miejsca. Jedna z najbliższych mi duszyczek i osóbka, która obdarzyła mnie ogromnym zaufaniem. Otóż towarzyszyła nam do każdego domku i na koniec, kiedy przyszło nam powiedziec sobie „dobranoc”, przytuliłam ją mocno i raz jeszcze pogratulowałam występu na festiwalu (bardzo brakowało jej pewności siebie). Bardzo chciałam powiedziec jej wtedy coś wyjątkowego, zwłaszcza, że wiedziałam od jej kuzynki, że tego dnia bardzo tego potrzebowała… Więc przycisnęłam ją mocno do siebie i powiedziałam po hiszpańsku: te quiero mucho, hijita („bardzo cię kocham córeczko” – już wcześniej oficjalnie zostałam jej mamą :)). Następnego dnia była niedziela i wszyscy znów spotykaliśmy się w Bosconii na niedzielnej mszy świetej. Brenda podeszła do mnie i powiedziała: „Wiesz, wczoraj jak się pożegnałyśmy i poszłam do domu, to popłakałam się ze wzruszenia…”. Byłam pewna, że chodziło o całośc przeżyc tego dnia, związanych z festiwalem i emocjami z nim związanymi, więc upewniłam ją jeszcze raz w tym, że dla swoich przyjaciół to ona została gwiazdą (kibicowali jej wyśmienicie, aż ja sie uśmiechałam z radości). Ale ona pokiwała przecząco głową i powiedziała: „Nie, nie o to chodzi, lecz kiedy ty powiedziałaś mi te quiero… Wtedy się rozpłakałam. Wiesz, moja mama nigdy mi tego nie powiedziała…”

Może ważne są takie dni jak dziś, może warto traktowac je na serio i brac przykład od zakochanych: że słowo „kocham” jest nam do życia koniecznie potrzebne … i że sam Jezus chciał, by nas rozpoznawano po wzajemnej miłości, by właśnie z tego nas zapamiętywano.

Kiedy mi nadano imię…

01
23

pict4260Już minął 21 stycznia, a ja z uśmiechem wspomniałam dzień, kiedy spontanicznie dostałam nowe imię… Czyli kolejna wzmianka o mojej wielkiej sympatii – Jeffersonie 🙂

W „oratorium latającym” im. Bartolomé Garelli w Kurt Beer wprowadziliśmy porządek. Każde dziecko zostało zapisane na listę i otrzymało kolorowy identyfikator z imieniem. Animatorzy też. W następną niedzielę okazało się, że zapomniałam swojego. Ustawiłam się grzecznie razem z dziećmi w kolejce. Tuż obok czekał chłopczyk, w którego oczach można by się utopić. I jak tu nie zaczepić takiego przystojniaka? Trzeba było coś wymyślić.

  No popatrz, wszystkich pytają o imię. Jakie imię mi nadasz?

  …???

  No, jakie imię byś chciał, żebym miała? Jakie mi pasuje?

  Espíritu Santo

  yyy… (po polsku też bym nie wiedziała co powiedzieć) …No, ale jakie? (naprawdę byłam ciekawa)

  Maricielo

I tutaj mój mały przyjaciel, Jefferson, speszył się nieco.

Nosząc dumnie plakietkę z napisem „Agnieszka Maricielo” zastanawiałam się, czy miałam zaszczyt otrzymać imię jego mamy czy kogoś innego, równie ważnego. A może tak jak ja uważa, że najlepiej to jest w niebie? (cielo) Na pewno właśnie tam się razem spotkamy.

Misyjny dzień Dziecka 2009

01
06

Obiecałam pisac zaległe „Obrazki z Peru”. Oto jeden z najpiękniejszych, jakie do tej pory mam przed oczyma, w sam raz na niezwykły dzień Trzech Mędrców, będący również Misyjnym Dniem Dziecka. Oto prawdziwa mądrośc:

dscf7030Co jakiś czas w niedzielę dzieci z „oratorium latającego” z Kurt Beer przychodzą na basen. Robimy tak: rano idziemy na zbiórkę tam, gdzie zwykle się razem bawimy i idziemy razem z oratorianami na mszę świętą dla dzieci, na godzinę 9.00. Siadamy razem w ławkach po lewej stronie ołtarza, a potem ci, którzy przyszli, otrzymują karnety w pieczątką jako wejściówki na popołudniowy basen.
Kiedy pierwszy raz towarzyszyłyśmy im w ten sposób, co najmniej dwoje dzieci zabrało ze sobą swoje młodsze rodzeństwo, to jest maleństwa liczące sobie nie więcej niż roczek czy dwa. Między innymi mój ulubieniec, dziewięcioletni Jefferson, opiekował się swoim malutkim braciszkiem. Nie puszczał go ani na chwilę. Trzymał na rękach, przytulał, obsypywał pocałunkami i głaskał po główce. Z największą cierpliwością uspokajał i pocieszał, szepcząc coś po cichu do uszka.
W rzędzie obok, w ławce sąsiadującej, inny, starszy chłopiec, już nie potrafił okazać swojemu braciszkowi tyle miłości. Jedynie zasłaniał dłonią jego buzię, żeby ten nie płakał tak głośno. Oczywiście efekt był przeciwny. Malec uspokoił się dopiero gry chłopcy zaczęli bawić się z nim bucikami. Nawiasem mówiąc prawie by je zgubili.
Miłość jest najlepszym lekarstwem na wszystko, najlepszym „systemem prewencyjnym”. Nie dziwi mnie, że braciszek Jeffersona, obdarzony równie pięknymi oczkami, spokojniutko obserwował swoje otoczenie: kościół i otaczające go osoby. Miałam szczęście znajdować się w polu jego obserwacji. Otrzymałam porządną katechezę.

Nowy Rok bieży…

01
01

Szczęśliwego Nowego Roku 2008! …”Co? Chyba coś ci sie pomyliło! 2009 się zaczyna!” Owszem – odpowiem – ale chcę mu dać taką szansę, jaką dostał darmo rok poprzedni. Siedzę sobie w cichości popołudnia, pierwszego w nowym roku, i rozmyślam nad niespodziankami Nieba. Dokładnie rok temu dostałam w prezencie jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. I tak już pozostało. Wierząc w Boga trzeba umieć wierzyć w szczęście, większe z dnia na dzień.

img_7541Poranek zaczął się jak każdy, choć – wiadomo – świątecznie. W dodatku przypadały urodziny pani Jadwigi, która przez sześć miesięcy towarzyszyła nam, pracując w miejscowym centrum medycznym. Był ranek, każdy indywidualnie kończył śniadanko, tu i ówdzie nawiązały się pogawędki. Kuchnia była chyba jeszcze na naszej głowie, ale zanim to… „Kto mi potowarzyszy?” – usłyszałam głos księdza Ryszarda, wówczas pracującego w Arequipie, ale goszczącego u nas. „A dokąd?” „Do chorego,idę z komunią świętą i namaszczeniem chorych”. Przez moment zakręciło mi się w głowie. Nikomu nic nie mówiłam, ale podobna wizyta była moim cichym marzeniem… Już za 10 minut wyszłam razem z księdzem Ryszadrem za bramę Bosconii, w towarzystwie pani mającej doprowadzić nas do domku chorego… dwie przecznice dalej!

W domu zebrała się cała rodzina: córka z dwoma synkami, żona, brat… i sam gospodarz domu, a raczej skromny, drobny mężczyzna wiekowo mogący dobiegać 80 lat życia. Przywitał nas z uśmiechem na ustach, siedząc na wózku inwalidzkim, ściskając serdecznie dłonie i darząc wzruszeniem i jasnością niewidzących oczu. W skromnym, choć przestronnym, murowanym, czysto utrzymanym domku, można poznać od razu, że panuje miłość. W rozmowie, którą rozpoczął ksiądz Ryszard zanim przystąpił do sakramentów, domownicy otwarcie dzielili się swoimi najcieplejszymi uczuciami. szkoda, że nie pamiętam imion. Choć w ten sposób pan, którego przyszliśmy odwiedzić, za zawsze pozostanie dla mnie Hiobem. Jego pogoda ducha,z jaką wypowiadał każde słowo, napawała radością. Mówił: „Dlaczego nie miałbym mieć nadziei? Już od dawna nie mogę się ruszać, czasem i poboli, teraz jeszcze wzrok… ale przecież Bóg nad wszystkim czuwa, Jego wola… Dał mi wspaniałą rodzinę,która o mnie dba, czego mogę chcieć więcej?” Rodzina potwierdzała,że czasem jest ciężko, że czasem i ból jest ogromny… „Ale z Bożą pomocą…”. Słowa wyczytane przeze mnie z ewangelii: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem” były wyrazem tego, czym żyje ta rodzina. Bóg w hostii sam chciał trafić pod ten dach.

Tak, naprawdę wierząc w Boga trzeba umieć wierzyć w szczęście, większe z dnia na dzień.

Szczęśliwego Nowego Roku!

El Padre Amerindio

12
19

Chcę mówić do Ciebie Ojcze w aymara,
Chcę mówić do Ciebie Ojcze w araucano,
Chcę pokazać Ci Ojcze moje otavalo,
Chcę dziękować Ci za moją indiańską Amerykę.
 
Chcę powiedzieć głośno, że Cię kocham w quechua
Chcę rozsiewać twoje Królestwo ziarnem Majów
Chce oddać Ci moje życie jak Aztek
Chcę ozdobić Twoje czoło złotem Inków.
 
Mój Ojcze, w Twoim sercu odnajduję moją harmonię
i chcę ofiarować teraz cały mój naród Maryi.
 
Chcę nazywać Cię Ojcem w guaraní,
Chcę wychwalać Ciebie Ojcze  moją duszą shuara,
Chcę pokazać Ci Ojcze góry i morza
Chcę podziękować Ci za moją indiańską Amerykę.

… Bo Boże Narodzenie to czas dziękczynienia. Chcę podzielic się z Wami moją ukochaną pieśnią peruwiańską. Ufam, że to nie będzie ostatnia. Dobrego czasu ostatnich przygotowań serca!

Spojrzenie dające życie cz.V

12
18

Przypominam, że od pewnego czasu dzielę się radością z bogactwa, które było udziałem mojej towarzyszki Agnieszki, które jeszcze pozostała w Piura. Tuż przed rozpoczęciem okresu adwentu Aga przeżyła niezwykłe rekolekcje. Oto ostatnia częśc jej listu:

(…) W środku tygodnia przyjechała Matka Generalna z Londynu, Maria Javiera. W czasie prywatnego spotkania z nią zapytałam między innymi o jej wrażenia z rozmów, jakie odbyła z Janem Pawłem II. Powiedziała coś, co bardzo utkwiło mi w pamięci, a mianowicie, że kiedy z nim rozmawiała towarzyszyła jej myśl o momencie kiedy kapłan unosi Hostię mówiąc: Oto Baranek Boży… Porównała Ojca Świętego do takiego dobrego chleba, który bezgranicznie oddaje się innym.

Był to bardzo ubogacający i potrzebny czas, choć nie było mi wcale tak łatwo jak pierwotnie to sobie zaplanowałam. Praktycznie od początku towarzyszyło mi uczucie, że to wszystko rozgrywa się na granicy mojej wytrzymałości. Momentami przerastało to moje możliwości, ale właśnie w tych trudnościach i w szczerym pragnieniu, by zamieniły się one w ofiarę, usiłowałam stworzyć Panu Bogu przestrzeń do Jego działanie.

Spojrzenie dające życie cz.IV

12
17

imagen-109(…) Siostry żyją według surowej, jak dla mnie, reguły benedyktyńskiej. Ich klasztor mieści się na bardzo pustynnym terenie Sechura. Jest tak sucho, że nawet kaktusy umierają. Oprócz modlitw w ciągu dnia i w nocy, co pół godziny zmieniają się na Adoracji, a w nocy co godzinę. Mówi się niewiele, tylko o sprawach koniecznych, swobodnie można rozmawiać jedynie przez niecałą godzinę w czasie popołudniowej przerwy. Jest to też czas, by rozwijać swoje talenty. To właśnie – w tym momencie siostry podrzucały mi flet, zabierały karmić kury, podlewać dopiero co posadzone bananowce, zbierać patyki do pieca, zachęcały do gry na pianinie. Próbowałam przypomnieć sobie mój ulubiony fragment z opery „Wesele Figara” Mozarta, ale dość nieudolnie mi to szło, bo miałam problemy, żeby zsynchronizować pracę rąk z nogami, które musiały pompować pianino, aby wydobyć jakikolwiek dźwięk. Sióstr jest osiem. Z każdą jakoś udało mi się nawiązać kontakt towarzysząc albo przy karmieniu zwierząt, albo w ogrodzie, przy gotowaniu, pieczeniu chleba, sprzątaniu, w ich cichej codzienności. Można było odczuć jak emanuje  z nich spokój, poczucie pewności. Nie są to jakieś ofiary losu, które się poświęcają, ale kobiety całkowicie spełnione, które poszły w stronę pociągającej je miłości.

c.d.n.

Spojrzenie dające życie cz.III

12
16

(…) W kaplicy sióstr trwa nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu. Od trzydziestu lat, w dzień i w nocy, nieprzerwanie zanoszone są modlitwy. Jest to adoracja Chrystusa Zmartwychwstałego obecnego pod postacią Hostii. On tam cały czas jest, a one są przy Nim. Na filarach ołtarza wyryte zostały dwie główne intencje modlitw: za papieża i Kościół oraz za Peru i Amerykę Łacińską. Jak bardzo potrzebny jest taki charyzmat w Kościele, jak ważna jest ta modlitwa, bo to pewnie dzięki niej niejednokrotnie otwiera się niebo, zsyłając łaski dla świata.

c.d.n.

Spojrzenie dające życie cz.II

12
14

(…) Matka Nocoll zaprosiła mnie na teren klauzury. Najpierw zaprowadziła mnie przed Najświętszy Sakrament, potem oprowadziła po klasztorze wyjaśniając najważniejsze reguły, pokazała mi moją celę, aż w końcu znalazłyśmy się przed maleńkim ołtarzykiem poświęconym Adele Garnier – założycielce zgromadzenia, Janowi Pawłowi II i polskim męczennikom zamordowanym na początku lat 90 – tych w Chimbote. franciszkanie-meczennicyByli to dwaj franciszkanie: O. Zbigniew Strzałkowki i O. Michał Tomaszek, pochodzący z Łękawicy k/Żywca. To właśnie tam położono mi na rękach relikwie tych męczenników: flakonik z ziemią zmieszaną z krwią zabitych zakonników. Trudno powiedzieć, że powaliło mnie na kolana, bo już od jakiegoś czasu obie klęczałyśmy, ale był to jeden z piękniejszych momentów. Uwielbiałam tam wracać, brać je do rąk i patrzeć na nie. Nasuwały mi się wtedy myśli, że potrzebna jest taka ofiara życia, dzięki której być może tak ja ta krew misjonarzy wsiąknęła w ziemię, tak Boża Ewangelia przeniknie serca mieszkańców tej ziemi.

c.d.n.